Luźne zapiski z pobytu w Szwecji
Kategorie: Wszystkie | ogólne | robota | szwedzkie | varia
RSS
sobota, 25 lipca 2009
Sztokholm dla turysty

Trochę zaniedbałem Sztokholm w temacie turystycznym i pora to nadrobić, bo jest tu faktycznie sporo ciekawych rzeczy do zwiedzania. Samych muzeów jest ponad 100, nie wspominając o wielu rozmaitych wycieczkach statkami i całkiem niezłym (na oko z daleka, bo nie byłem) wesołym miasteczku.

Po wizytach w wielu muzeach w różnych miastach jestem przeciwnikiem "szybkiego zaliczania" muzeów - na każde porządne trzeba poświęcić kilka godzin, to wtedy można się faktycznie czegoś dowiedzieć i "wczuć w temat". Tak jest ze sztandarowym muzeum Sztokholmu: Vasa muzeum, gdzie znajduje się wydobyty z dna Bałtyku okręt krolewski Vasa, który zatonął 10.08.1628 i został wydobyty po 333 latach.

Vasa - makieta

Muzeum to jest przykładem, jak wokół jednego tematu można zrobić naprawdę niezły "show" (podobnie doceniałem muzeum-browar w Dublinie). Rozmaite pomysły ekspozycyjne zaciekawiają różnymi dziedzinami (metafora władzy, żeglowanie i życie na statkach, bitwy morskie, kultura materialna na początku XVII wieku, sposób wydobycia i konserwacji statku itp.). Wizyta niewątpliwie warta 90 koron, jeśli chce się na nią poświęcić pół dnia.

Vasa Stefan

Muzeum wzbogacane jest co roku o nowe "eksponaty", częstokroć multimedialne, jak np. rekonstrukcje wyglądu członków załogi na podstawie wydobytych ze statku czaszek.

Sama historia związana z zatonięciem statku jest też ciekawa i pokazuje, że w historii ludzkości poteżne projekty padały przez głupotę zadufanych w sobie sponsorów ;). W XVII wieku Szwecja była mocarstwem w stanie wojny z większością krajów basenu Morza Bałtyckiego, zaś król Karl Gustaw Vasa czuł się (prawie) bezpośrednim spadkobiercą rzymskich cesarzy. Statek królewski Vasa miał być najnowocześniejszym okrętem wojennym, więc do budowy ściągnięto najlepszych budowniczych z Holandii i Niemiec. Ale "cysorz" chciał mieć statek bardziej smukły i sobie zmienił oryginalny projekt. Spowodowało to, że okręt był źle wyważony i po wypłynięciu z portu i oddaniu salw honorowych z ogromnej liczby dział, jak tylko dostał mocniejszy podmuch wiatru, złapał przechył, nabrał wody otworami armatnimi i już się nie podniósł. W ciągu kilku minut opadł dostojnie na dno. I dzięki temu Szwedzi mają teraz świetną atrakcję turystyczną, bo jest to jedyny taki statek na świecie!

Innym sztandarowym miejscem do zwiedzania w stolicy Skandynawii jest Skansen, który jest położony na wyspie Djurgarden (tam jest także muzeum Vasa). Skansen, to duży, górzysty obszar, na którym porozrzucane są zabytki szwedzkiej architektury, dawne warsztaty, huta szkła, sklepiki, farmy itp. Jest tu także jakby zoo, w którym zgromadzono wiele żyjących w Szwecji gatunków zwierząt, z łosiami, reniferami, niedźwiedziami, wilkami i bizonami na czele.

SkansenSkansen

Na skansen potrzeba właściwie cały dzień, bo są tu również różne pokazy i występy, są miejsca na piknikowanie i grillowanie.

Stosunkowo niedaleko od Skansenu jest Museum Park, w którym zebrano kilka muzeów: historyczne, nauki, etnograficzne, policji. Odwiedziłem tylko muzeum nauki, w którym dla każdego jest coś ciekawego, i w którym można także spędzić przynajmniej pół dnia, jeśli chce się ze wszsytkim zapoznać. Zgromadzono i opisano (niestety większość tylk opo szwedzku) naprawdę dużo oryginalnych eksponatów z historii techniki, zaś Ericsson z różnymi urządzeniami telekomunikacyjnymo zajmuje poczesne miejsce. Jest też sporo pojazdów dwu- i więcej-kołowych łącznie z drewnianymi przodkami współczesnych rowerów (pierwsze były jeszcze bez pedałów).

Muzeum techniki

Jest też wiele sal przygotowanych dla dzieci z zabawami mającymi na celu zapoznawanie z osiągnięciami nauki i techniki.

Niedaleko Parku Muzeów znajduje się wieża telewizyjna, z której (za niewielką opłatą) można z 33. piętra podziwiać rozległą panoramę Sztockholmu.

Stockholm - widok z wieży TV

Sztokholm położony jest na wielu wyspach i prawdziwego smaku tego miasta można zaznać wybierając się na wycieczki statkami, których jest wiele różnych rodzajów. Samo miasto ze starówką na wyspie Gamla Stan jest dość zadbane i interesujące, ale żadna rewelacja (nie jest to Paryż, Londyn, czy Amsterdam) i miejscami bardzo przypomina warszawską starówkę (gdyż pochodzi mniej więcej z tego samego okresu). Dlatego chyba Szwedzi zaprzęgli straż królewską do roboty, żeby stworzyć tu jakieś atrakcje turystyczne. I rzeczywiście to działa, gdyż uroczysta odprawa warty (której przygrywa orkiestra) przyciąga tłumy i trwa ładnych kilkadziesiąt minut. A potem wojaki w niebieskich mundurach i błyszczących hełmach maszerują po całym centrum miasta.

Odprawa warty

Niektórzy żołnierze wydają się jacyś tacy mali, a to się okazało, że tam służą też kobiety. Również to głównie kobiety na koniach eskortują maszerująca po centrum orkiestrę wojskową.

Straz krolewska Zwiedzanie Stockholmu

Zwiedzanie miasta może się odbywać na różne sposoby, co widać na załączonym obrazku. Dużo jest różnych wycieczek po wodzie, bo jest tu gdzie pływać. Można się wybrać szybką łodzią na przejażdżkę po archipelagu, stateczkiem spacerowym wokół głównych wysp centralnych albo na różne konkretne wyspy z różnymi atrakcjami.

Archipelago race

Podczas każdej chyba wycieczki wspominany jest statek Vasa i pokazywane miejsce jego zatonięcia oraz opisywana jest historia prekursora wódki Absolut (jeden z dwóch - obok ABBy - hit eksportowy Szwecji), który zadekował się ze swoją destylarnią na jednej z wysepek, żeby uniknąć istniejącego od dawna w Szwecji monopolu alkoholowego (zapewniał darmowe kursy na swoją wyspę, żeby mieć zbyt).

Archipelago race

Archipelag Sztockholmu, to bardzo malowniczy i rozległy teren do żeglowania, mnóstwo różnych wysepek o urozmaiconym ukształtowaniu terenu. Wiele wysp, to enklawy z domkami letniskowymi, które przekształcono na całoroczne. Niektóre wysepki są przeludnione i zabroniono dalszej rozbudowy w obawie przed trudną ewakuacją w razie jakiejś tragedii. To zupełnie inny świat funkcjonujący z dala od wielkomiejskiego zgiełku, na wodzie i blisko natury, zaś zimą ślizgający się po lodzie między wysepkami.

Powracając do "kontynentalnego" Sztockholmu warto wspomineć, że jest tu sporo różnych kościołów, gdyż Szwecja w pewnym momencie z katolicyzmu przeszła na protestantyzm. Ale teraz wiele świątyń spełnia zupełnie inne funkcje.

Centrum miasta jest dość interesujące i pełne życia i jak w każdym porządnym wielkimi mieście są też różne występy uliczne. Poza "kolorowymi", którzy żebrzą w ten sposób (fałszują niemiłosiernie) są też prawdziwi fachowcy: mimowie, muzycy, performerzy, akrobaci...

Stockholm

Gbybym miał podsumować, to Sztokholm na pierwszy rzut oka nie sprawia zbyt interesującego wrażenia (zwłaszcza jeśli się było w Holandii, Belgii, Francji, Anglii, czy Włoszech), ale jeśli się lepiej rozejrzeć, to każdy znajdzie coś dla siebie - poza muzeami, centrami handlowymi i wodą także tereny zielone i rekreacyjne oraz podobno niezłe życie nocne (ale to może sprawdzę kiedy indziej).

Stockholm

00:37, szwecja2009 , szwedzkie
Link Komentarze (3) »
czwartek, 23 lipca 2009
Kista

Kista (czyt. szijsta), czyli po szwedzku trumna albo skrzynia. Ciekawa nazwa dla dzielnicy. Zabudowa, to głównie pudełkowate budynki, może troche przypominające szklane skrzynie, ale to raczej nie one dały nazwę tej dzielnicy. Nazwa pewnie pochodzi od miejscowości, którą wchłonął Sztokholm. Zresztą Kista jest nadal oddzielona rozległymi terenami zielonymi od następnej w kierunku centrum dzielnicy Solna.

Dość "grobowo" musi brzmieć, jak mieszkańcy dzielnicy mówią "Mieszkam w trumnie", zaś w napisach informacyjnych w metrze, które zbliża się do stacji Kista można się nawet doszukiwać treści filozoficznych (Nesta Kista = następna stacja: trumna).

Kista centrum

Jednakże Kista, to głównie nowoczesny "park biznesowy" - Kista Science Park, w którym dominują zabudowania koncernu Ericsson. Człowiek czuje się tu jak w miasteczku ericssonowym, a jest to jedno z 3, czy 4 większych skupisk budynków tej firmy w Sztokholmie.

W centrum jest charakterystyczna wieża (pomogła mi kilka razy w orientacji podczas wycieczek rowerowych) oraz duża galeria handlowa, podobno jedna z lepszych w Sztokholmie.

Kista centrumKista galeria

Cała Kista jest rozkopana, pełno jest tu robót drogowych i budowalnych. Postają nowe bloki mieszkaniowe, obwodnica i drogi, a także dwa następne wieżowce, które staną w centrum w przyszłym roku obok galerii i istniejącej wieży.

Kista - panorama

Widać, że mimo wielkiej rozwałki dbają o zabytki, bo wśród tych wszystkich szklano-betonowych klocków uchował się stary drewniany budynek, który został przygotowany do przetransportowania. A drugi pewnie zostanie?

KistaKista

Generalnie nie ma tu żadnych atrakcji turystycznych, ani sklepów (poza galerią handlową i okolicami stacji metra) i jakiekolwiek życie widać tu tylko w dni pracujące. Dosyć niesamowite wrażenie robiło na mnie to opustoszałe miasteczko, gdy udawałem się do pracy w dni wolne. Nie dbają tu jakoś specjalnie o porządek na placach budowy, więc wszystko zostaje jakby porzucone w nieładzie: kurtki, rękawice, narzędzia, materiały itp., a maszyny zastygłe jakby padły ze zmęczenia. No ale jakoś nie widziałem, żeby robotnicy tu się specjalnie przemęczali... No i zastanawiałem też się, czy oni mają tu w ogóle jakieś skupy złomu, bo pełno różnego żelastwa się na tych budowach wala i wala... i nikomu nie chce się sprzątnąć ;).

Kista

Ani człowieka nie widać, ni pojazdu żadnego, tylko wicher hula i skrzeczą stada mew, czy innych rybitw. W sumie całkiem fajnie, że gdzieś może być tak... po prostu.

22:49, szwecja2009 , ogólne
Link Dodaj komentarz »
Tunelbana, czyli metro

Po pobycie w takim Sztokholmie człowiek sobie uświadamia "namacalnie", jakie biedne jest miasto bez metra. Bez wody, dróg rowerowych zresztą też (ale to już "namacałem" gdzie indziej).

Tunel bana, czyli kolej tunelowa przeważnie jeździ pod ziemią (ale nie zawsze) i rozgałęzia się na wszystkie części Sztokholmu. Dodatkowo łączy się w wielu węzłach komunikacyjnych z koleją (podmiejską i dalekobieżną).

Tunelbana Stockholm

tbanaWygodne jest to, że ten sam typ biletów (a pewnie także migawek elektronicznych) obowiązuje na metro, autobusy i kolej podmiejską. Pojedyńczy przejazd kosztuje 40 koron, ale można kupić za 180 koron paski 16-przejazdowe (tunelbana strip), to wtedy jest taniej. Taki bilet ważny jest przez godzinę od podstemplowania, tzn. w ciągu godziny można z powrotem przejść przez bramki metra (i pewnie wsiąść do autobusu). Bo jak już się przejdzie przez bramki, to można sobie jeździć metrem do upadłego, podczas przesiadek na stacjach węzłowych nie trzeba przechodzić przez bramki.

Metro kursuje gdzieś od 5. rano do 1. w nocy, nigdzie nie widziałem żadnych włóczęgów, zalegających pijaków, czy bezdomnych, ale po stacjach i wagonach kursują pary w bordowych mundurach. Raczej jest spokojnie, czysto (bez graffiti) i - poza godzinami szczytu - niezbyt ludnie. Miejscami sceneria nieco jak ze starych filmów sf: ciągi jarzeniówek, pasy schodów ruchomych i pojedyńcze, nieobecne osobniki homo sapiens-mp3 różnych ras ze słuchawkami na uszach. t

Tunelbana jeździ regularnie co 10 lub 15 minut, więc niespecjalnie trzeba znać rozkłady jazdy. Trochę zaskoczyło mnie to, że wszędzie pod ziemią komórki mają zasięg i ludzie sobie rozmawiają nie tylko na stacjach, ale bez problemów również podczas jazdy; nie zauważyłem, żeby rwały się połączenia... no, ale tu pewnie Ericsson dopilnował, żeby sieci działały modelowo ;).

W centrum, gdzie krzyżują się wszystkie trasy stacja T-Centralen ciągnie się chyba ze 4 kondygnacje pod ziemię. Generalnie stacje są dość przestronne i wystrój każdej z nich jest niby w innym stylu. Niby, bo styl niektórych jest mało charakterystyczny, bądź neutralny. Ale na innych nawet się postarali i turyści chętnie pstrykają zdjęcia, jak np. na stacji Ogrodów Królewskich (chyba) - Kungstradgarden (na poniższym obrazku).

Każda linia ma (zapewne) swój jakiś charakter i np. linia niebieska, z której głównie korzystałem "słynie" z tego, że jest kolorowa. Chodzi o to, że podróżują nią przeważnie imigranci, gdyż prowadzi do dzielnic północnych Sztokholmu zamieszkiwanych przez ludność "nie urodzoną w Szwecji w pierwszym lub drugim pokoleniu" (jakoś tak to tutaj chyba określają). Ale co ciekawe na tej linii komunikaty są wyłącznie po szwedzku, podczas gdy na linii zielonej są również po angielsku. Może dlatego, żeby imigranci łatwiej się uczyli szwedzkiego? Sam się bez trudu nauczyłem słowa "następna" - nesta ;)

T Kunst T centralen

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na lewo stacja Kungstradgarden, powyżej jeden z poziomów stacji T-centralen, a poniżej scenka ze stacji Akalla.

Akalla

Akurat trafiłem na remont odcinka trasy niebieskiej i nie można powiedzieć - komunikacja zastępcza została bardzo dobrze zorganizowana. Po opuszczeniu wagonu na ostatniej stacji przed zamkniętym fragmentem, strzałki na ścianach i na posadzce prowadzą jak po sznurku do autobusu, który odjeżdża, jak tylko wsiądą wszyscy pasażerowie z metra. Są nawet specjalne osoby pilnujące tego. Autobus dowozi ludzi do miejsc, gdzie dojechaliby tunelbaną. Również w mieście są na chodnikach znaki kierujące do komunikacji zastępczej, więc nie trzeba błądzić.

Przy stacjach metra są zazwyczaj małe centra handlowe: supermarkety, kioski, sklepiki, targowiska, punkty usługowe, fast-foody etc. Niektóre stacje są w tym samym budynku, co handlowe galerie. Kolega mieszkający w hotelu przy stacji Kista mógłby nie wychodząc "na dwór" przejść do stacji, a potem dostać się metrem do głównego centrum handlowego w Sztokholmie. Stacja T-Centralen połączona jest pod ziemią z wielkim kompleksem handlowym rozciągającym się pod ścisłym centrum miasta. Na górze wystają oczywiście niby oddzielne sklepy i galerie handlowe, ale wszystkie one mają handlowe, połączone ze sobą podziemia. Pewnie zimą jest to dość wygodne ;).

00:17, szwecja2009 , ogólne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lipca 2009
Polacy w Sztokholmie

Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że rodaków można spotkać na każdym kroku. I nie ma się co dziwić, skoro jesteśmy na 4. miejscu wśród tutejszych imigrantów (za Finami, Irakijczykami i narodami dawnej Jugosławii). A to dane z roku 2007, choć wątpliwe, żebysmy wskoczyli na 3. miejsce, ale jeśli w okresie wakacyjnym mieszkający tu Polacy ściagnęli rodziny, to by wyjaśniało to, że wszędzie nas słychać.

W metrze, w supermarkecie, na budowie, w sklepie z pamiątkami (sprzedawcy i klienci), statek w porcie okazało się, że remontują nasze chłopaki. Siadamy w fast-foodzie, a po obu stronach nas usadowili się Polacy. Nawet na "moim" osiedlu słyszałem jakieś mamuśki z wózkami. Wszędzie nas pełno...

Jednakże jakoś dziwnie (może wcale nie dziwnie?) specjalnie nie lgniemy do siebie - nie ma jakiejś chęci nawiązywania znajomości (jeszcze coś od nas będzie chciał), ani manifestowania polskości. Zauważyłem to też w innych krajach, zwłaszcza tam, gdzie nas dużo - jakby rodak się "dewaluował" ;). Jakbyśmy chcieli uciec od naszego kraju, naszego piekiełka, a obecność rodaków tylko nam przypomina o tym od czego chcieliśmy uciec. Ale oczywiście nie chcę generalizować, w Polsce też różni są ludzie i różne sytuacje, i uważam, że tu i tam można się spotkać z życzliwością.

Zastanawiałem się, czy da się łatwo rozpoznać rodaków i na podstawie kilkutygodniowych obserwacji stwierdziłem, że raczej nie. To znaczy wciąż się tu zdarzają osobniki, którym z twarzy "wyziera smutna polskość", ale większość nie wyróżnia się wyglądem. Jest tu taka mieszkanka, że sam byłem czasem brany za autochtona i musiałem się tłumaczyć, że "jog prata inte svenska".

Oczywiście - jak wszędzie - Polacy znajdą powody do narzekania, tak i tutaj po dłuższym pobycie zauważa się różne lokalne bolączki, problemy i niedociągnięcia. A także pewien dystans do "obcych", który często utożsamiamy ze skandynawskim chłodem. Nie wiem, na ile to prawda, bo pracuję tu w środowisko międzynarodowym, ale można sobie o różnych takich (i innych problemach) poczytać na polonijnych forach (np. www.poloniainfo.se).

 

23:58, szwecja2009 , ogólne
Link Dodaj komentarz »
Sollentuna

Po blokowiskach dzielnic Husby i Akalla wizyta w graniczącej na północy ze Sztokholmem miejscowości Sollentuna odbudowała moją wiarę w Szwecję, jako krainy przyjemnego egzystowania. Bloki dzielnicy Husby może nie są jeszcze takie złe, ale wieżowce Akalli, to prawie jak łódzka Retkinia, tylko są tam niezłe drogi rowerowe i sporo zieleni.

A Sollentuna, to zupełnie inny świat - głównie domki jednorodzinne rozrzucone wokół dwóch jeziorek. Do tego pofałdowany, czasem skalisty teren dodaje urozmaicenia. Oczywiście nowa zabudowa, to głównie bloki, ale nie są tak wysokie, masywne i toporne, jak wcześniejsze. Generalnie sporo zieleni i czasem dość urocze zakątki (choć zdjęcie dość kiepskie).

Sollentuna

Domki jednorodzinne często w stylu amerykańskim (jak mi się wydaje), czyli z równo wystrzyżonym trawnikiem, grillem, trampoliną, czasem basen.

Wszystko rozciąga się wokół dwóch malowniczych jezior (Edsviken, Norrviken), po których odbywa się różnego rodzaju ruch turystyczny (i pewnie nie tylko): łodzie, żaglówki, motorówki. A wokoło oczywiście szlaki rowerowe.

Edsviken

Na szczycie kamiennego wzgórza między jeziorkami jest kompleks budynków (Kunsthalle), w ktorych znajdują się różne wystawy dotyczące sztuki i etnografii. Natomiast zaraz obok jest spory park, gdzie w upalne dni Szwedzi sobie piknikują na trawnikach. Widziałem też spore miejsce i budynki, gdzie urządzane są jakieś imprezy dla dzieci.

Edsviken

Następne jeziorko jest mniejsze i tam urzędują głównie rybacy i kajakarze. Część jest zamknięta "dla publiczności" i do brzegu mają dostęp tylko właściciele domków nad jeziorem.

Norrvikem

Ale dostać się do Sollentuna nie jest dla nowicjusza łatwo, bo jest tylko kilka miejsc, którymi moża przedostać się ze Sztokholmu przez drogę szybkiego ruchu do tej sympatycznej miejscowości. Zresztą o problemach z drogami rowerowymi tutaj już wcześniej pisałem. Pewnie najlepszy byłby GPS, ale ja dysponowałem tylko papierową mapą ;).

Do tej gminy należą też dwa spore rezerwaty na północ od Sztokholmu i tutaj szlaki komunikacyjne są już całkiem nieźle oznaczone.

Mają tu też szereg różnych ciekawych gatunków zwierząt, które hodują na ogrodzonych terenach. Te wyglądają jak zwykłe krowy, ale czasem widać również bawoły.

 

00:26, szwecja2009 , ogólne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lipca 2009
Ekologiczna Szwecja

No niby jest ekologiczna, ale myślałem, że bardziej ;). W Sztokholmie jest dużo zieleni i Bałtyk jest czysty. Podobno w latach 70. woda była tu bardzo zanieczyszczona i dzięki intensywnym działaniom życie powróciło do wewnętrznych akwenów miasta. Widać ludzi łowiących ryby, a przy brzegu widać czasem tablice informujące o wielu różnych gatunkach ryb, jakie tu można spotkać.

Rybak w Sztockholmie

Woda z kranu jak najbardziej nadaje się do picia i nie smakuje gorzej niż niejedna nasza "mineralka". Zresztą tutaj w sklepach nie ma takiej ilości jak u nas wody pitnej do kupienia.

Widać, że dbają o monitoring środowiskowy, bo w centrum miasta jest specjalny obelisk, gdzie można sprawdzić poziom zanieczyszczenia wody i powietrza różnymi substancjami.

Obelisk

Jak się przyjrzałem, to nie było tak idealnie, zwłaszcza w wodzie, ale powietrze ok, na zapach też w miarę ;).

Segregacja nie jest natomiast aż tak widoczna, jak w innych krajach, czy nawet w Polsce. W bloku, w którym mieszkam jest na klatce zsyp i tam się wszystko wyrzuca. Nie widziałem w mojej okolicy jakichś specjalnych pojemników na odpadki segregowane, ale podczas wycieczek rowerowych widziałem takie w innych dzielnicach. Natomiast w sklepach są punkty przyjmowania szkła, puszek i butelek plastikowych. Pewną zachętą do zwrotu do sklepu jest kaucja na wszystkie puszki (pół korony) i plastiki (np. duza cola 2 korony).

Jeśli chodzi o śmieci w miejscach publicznych, to jest różnie, ale generalnie widać, że jest dość często sprzątane. No i raczej nie ma dzikich wysypisk śmieci w podmiejskich okolicach. No ale oczywiście Szwedzi (podobno głównie imigranci i chuligani) śmiecą i widuję porozwalane kosze albo zostawione przy ławce pozostałości z fastfoodowego posiłku. No ale koszy na śmieci w okolicach poruszania się ludzi jest sporo. Przy niektórych pojemnikach na śmieci są nawet specjalne torebki dla psiarzy.

Torebki dla psiarzy

Widziałem nawet jedną starszą panią, jak wychodząc z pieskiem wzięła sobie jedną taką torebkę, ale chyba nie wszyscy z tego korzystają (choć czasem brakuje tych torebek), bo zdarzyło mi się widzieć psie odchody nawet na chodniku! Ale generalnie raczej nie ma z tym problemów (i w ogóle psiarze są dość zdyscyplinowani).

Natomiast oszczędnością energii tutaj to jest zszokowany, tzn. zupełnym brakiem oszczędności! Wiele świateł pali się bez sensu non-stop: na klatce, latarnie, w pracy... Naprawdę pala się na okrągło i żeby było śmieszniej, to na klatce jest czujnik ruchu, który zapala jeszcze drugie światło, jak ktoś się pojawia (no nie ma okienka, więc ok, ale jedno by wystarczyło). Podobno wynika to z tego, że tu energia elektryczna jest "czysta" i tania, więc dlatego tak się nie przejmują zużyciem prądu... a poniżej (na dowód, że to wszystko prawda) latarnia o godzinie 10 rano (a latem to tutaj jest jasno gdzies od 3 rano do 23).

Latarnia o 10 rano...

No i dość dużo czuć samochodów na gaz i właściwie nie czuć odoru spalin, że nie wspomnę o kopcących samochodach. O drogach rowerowych już pisałem, są jakie są - idzie się przyzwyczaić, ale nie widać tu jakichś tabunów rowerzystów...

23:43, szwecja2009 , szwedzkie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 lipca 2009
Prohibicja?

No niby jest tu jakaś prohibicja, bo alkohol powyżej 3,5% jest dostępny tylko dla osób powyżej 20. roku życia w monopolistycznej sieci sklepów System Bolaget, których jest niewiele i są rzadko otwarte (jakoś w godz. 10-15, zamknięte w niedziele i święta). Nie to, co w Polsce, gdzie właściwie każdy alkohol można dostać na okrągło. Co prawda w Szwecji sprzedaż alkoholu chyba także generuje spore wpływy do budżetu, bo jest on dość drogi.

Efekt jest taki, że Szwedzi piją głównie w knajpach i w weekendy. Widziałem taki obrazek w hotelu w Lonkoping: młodzi Szwedzi meldowali się na weekend z przywiezionymi skrzynkami "normalnego" piwa. W pokoju tankowali, a w kanjpie lub na dyskotece tylko się utrwalali jednym lub dwoma drinkami.

Jednak na ulicach niespecjalnie widać zataczających się Szwedów, no może czasem nocą w weekend, ale podobno pijani na ulicach to głównie Finowie, no i obcokrajowcy z naszych stron. Ale nasi to chyba raczej nie rozbijają się po knajpach, bo tam bardzo drogo (zwykłe piwo to jakieś 70 koron, czyli ponad 30 zł!).

Acha, widziałem jeszcze jedną ciekawostkę: w butelce przypominającej np. whisky sprzedają koncentrat (bezalkoholowy), który zalewa się alkoholem (czystą wódka?) i ma się "markowy" trunek. Podobno, bo nie próbowałem...

A teraz słyszę na tym cichym osiedlu na peryferiach stolicy, jak szwedzka młodzież sobie głośno imprezuje na balkonie w bloku obok. Arabowie sobie najwyżej pogrillowali troche wcześniej bez specjalnych hałasów, ale co weekend to głównie słychać Szwedów. A oni są w tej dzielnicy niby w mniejszości. Jest już 1.30, a oni ciągle trajlują... Myślałem, że ktoś wezwie jakąś policję, bo tu niby cisza nocna od 21.30, ale pewnie im Szwedom to wolno...

01:43, szwecja2009 , szwedzkie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 czerwca 2009
Niedzielna wycieczka rowerowa

A teraz muszę sobie wreszcie trochę ponarzekać! Uważam, że mam prawo, bo drogi rowerowe w stolicy Skandynawii nawet się nie umywają pod względem oznaczeń i jakości do dróg w Królestwie Niderlandów. A niby też królestwo... ;)

Dla takiego świeżaka jak ja, to trochę mordęga i bez map byłoby dość ciężko, a przynajmniej bardziej stresująco. I tak nie obeszło się bez jechania na azymut i zasięgania języka. Jako typowy facet jestem do tego bardzo niechętny, ale wynika to raczej z doświadczenia: w większości przypadków zagadnięty przechodzień nie jest w stanie udzielić oczekiwanej informacji i to zarówno w Sztokholmie, Krakowie, Warszawie, czy Dublinie. Ale przynajmniej jest w stanie wskazać mniej więcej na mapie, gdzie się człowiek znajduje i to już coś.

A jak już jesteśmy przy mapach, to próbowałem wprowadzić moją trasę do specjalnego serwisu dla rowerzystów:

http://www.bikely.com/maps/bike-path/Stockholm-29-06-09

Serwis bazuje na google maps, więc nie widzi wszystkich tras rowerowych w Sztockholmie, ale trasa mniej więcej pokazuje odwiedzone tereny. Co prawda pokazuje odległość: 52,2 km, ale wydaje mi się, że nie było wiecej niż 40 km, co daje zawrotną średnią prędkość 8 km/h. Ale to właśnie wynika z tego, na co narzekam, błądzenia, zatrzymywania się, żeby sprawdzić na mapie, no i bardzo zróżnicowanego terenu. Bardzo fajnie się zjeżdża z górki, ale jak się okazuje, że człowiek się zgubił, to trzeba potem pedałować pod górę. A mi akurat wysiadł najniższy bieg, więc było ciężko.

W Sztockholmomie jest mnóstwo różnych robót drogowych i trzeba zwracać uwagę na różne znaki i objazdy. Dodatkowo jest kilka systemów oznakowania dróg rowerowych: regionalne, lokalne, turystyczne, specjalne i nie zawsze wiadomo, na jakiej drodze się jest. Czasem jest oznakowanie na jezdni, a czasem tylko tabliczki, które znikają w miejscach robót drogowych. Generalnie działa założenie, że jak nie ma znaku skrętu, to się jedzie prosto, ale (szczególnie w centrum) łatwo nie zauważyć małych tabliczek dla dróg rowerowych. No i niektóre są zniszczone przez wandali (lub zabrane przez kolekcjonerów), co dodatkowo utrudnia orientację. Zresztą piesi muszą też uważać, bo mogą nieopatrznie zejść na drogę rowerową (i w najlepszym razie zostać obdzwonionym lub ofukniętym). Bardzo wkurzają tacy piesi pozujący sobie do zdjęć na wąskiej ścieżce rowerowej z zatłoczonym centrum ;)

No ale po drobnych perypetiach udało mi się dotrzeć na Drottingholm, czyli wysepki na zachodnich rubieżach Sztokholmu. Po drodze przystanek przy zadbanym drewnianym wiatraku z 1855 roku.

Wiatrak 1855

Oraz samotne drzewo...

Na Drottingholm jest pałacyk z dużym kompleksem parkowo-rekreacyjnym oraz przystanią dla statków.

Drottingholm

Pogoda piękna, więc było sporo ludzi piknikujących albo opalających się na trawnikach. Jest tam też specjalne miejsce dla psiarzy - jakby wysepka otoczona fosą z wejściem przez furtki. Ludzie spuszczają tam psy i wiadmo, że nigdzie nie uciekną. Chociaż niektóre pływały też sobie w tej fosie.

Po odpoczynku w parku skierowałem się do centrum przez wyspy Stora Essignen i Lilla Essingen, co odbyło się głównie na tzw. czuja, czyli na azymut (wsparte konsultacjami z mapami oczywiście).

Na wodzie jest spory ruch: żaglówki, kajaki, motorówki, stateczki... są też miejsca do plażowania, gdzie wygrzewało się (lub pogrywało w różne sporty) sporo ludzi.

Do tej pory na ścieżkach rowerowych było niewiele osób, ale w miarę zbliżania się do centrum robiło się coraz gęściej. Jakoś przebiłem się przez centrum. Ponieważ skończyło mi się picie odwiedziłem Lidl'a, kóry jest tu dość popularnym tanim sklepem. W okolicach centrum oznaczenia dróg generalnie pomagają tylko trzeba wiedzieć przez jakie dzielnice chce się jechać, bo (jak na niemieckich autostradach) oznaczenia informują o najbliższej okolicy.

Kierowałem się na północ i znowu trochę pobłądziłem. Trasa regionalna poszła sobie gdzieś w bok i na czuja znalazłem interesujące mnie odbicie w kierunku dzielnicy Kista. Po drodze ciekawostka przy budynku (biurowcu?) firmy Miele - wielka marmurowa kula obracająca się na poduszce wodnej, wyglądało na tyle intrygująco, że zrobiłem zdjęcie.

Potem już właściwie jechałem na azymut, niby jakąś drogą rowerowa, ale nie było oznaczeń, które by mi coś mówiły.

W pewnym momencie pojawił się drogowskaz na Oslo i nawet bym się skusił, ale byłem już nieco zmęczony ;).

Po jakimś czasie całkiem fajna droga rowerowa się nagle skończyła i wjechałem w jakieś tereny robót drogowych, magazyny, budowę osiedla mieszkaniowego. Nie byłem jedynym, który błądził w tych okolicach, jakiś biegacz, parka na motorowerze, a poza tym żywego ducha. Poznając dalej teren w poszukiwaniu dalszej drogi zapędziłem się w jakieś wykopaliska, silosy firmy Skanska pod lasem. Błądząc zauważyłem ścieżkę przez las oznaczoną jak rowerowa i w interesującym mnie kierunku. No to harcerskim nawykiem "byle do przodu" puściłem się przez całkiem przyjemny las. Przejażdżka byłaby bardzo miła, gdybym wiedział dokąd jadę. Po jakis czasie zauważyłem pierwszego człowieka - półnagi łysol przepasany pojemnikami z jakimiś płynami truchtał równo jak wytrawny maratończyk. Mijając go zapytałem, czy tędy do Kisty - przełączył się z trybu sportowego na angielski i potwierdził, że kierunek właściwy, choć nie był pewien, czy nie trzeba będzie zmienić szlaku. Pomknąłem więc przez gęsty las dalej, ale po jakimś czasie na dużym rozwidleniu odbiłem, żeby (jak mi się wydawało) dołączyć do normalnego szlaku rowerowego. Ale go nie znalazłem, tylko trafiłem na jakieś szlaki dla koni i rowerów górskich, więc czym prędzej wróciłem na poprzedni, bo mój rówer jest niezbyt górski, nie wspominając o nie działającym jednym biegu.

Po drodze mijałem sporo jagodzin, ale nie bardzo już miałem ochotę na zbieranie. A gdzieś w środku lasu stała sobie oparta o duże drzewo aluminiowa drabina. No więc było chyba niedaleko do cywilizacji. I rzeczywiście - minąłem jakąś polanę, gdzie pracowały traktory, a potem jakieś tereny budowlane i wreszcie wyjechałem pod jakimś wiaduktem na drogę asfaltową wśród zabudowań. W dali widniała znana mi wieża, więc wiedziałem, że wreszcie jakimś cudem znalazłem się w dzielnicy Kista.

Wkrótce minąłem miejsce, gdzie bywam codziennie i stamtąd było już tylko kilka minut do miejsca zakwaterowania. Uff!

00:59, szwecja2009 , szwedzkie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Wrobiony?

U klienta naszego drogiego jest tak, że managerowie mają co jakiś czas dyżury weekendowe (tzw. weekend on-call support), żeby nadzorować ważne prace testowe, rozwiązywanie problemów klienta naszego klienta itp. Nie było tego w mojej "umowie", więc jak mnie jedna z kierowniczek zagadnęła (niby przypadkiem), czy słyszałem, że mam być w weekend na dyżurze, byłem dość zaskoczony, ale zniosłem to całkiem spokojnie. Potem przyszedł do mnie inny kierownik podprojektu, żeby przekazać sprawy na weekend i zrobił wielkie oczy, że ani szef projektu, ani kierownik sekcji jeszcze ze mną nie rozmawiali. Kierownik sekcji przepraszał, że miał to od rana "on my desk", ale nie zdążył. No więc wyszło na to, że jednak jestem na dyżurze. Jeszcze kilka lat temu bardzo by mnie wściekło, że tak to jest załatwiane, ale teraz przyjąłem to ze współczuciem i nutą rozbawienia. Ostatecznie przybyłem tu załatać im różne dziury i ta była kolejną. Skoro oni stwierdzili, że dam radę, to co mam nie dać ;).

Inna sprawa, że to miał być raczej spokojny weekend i niewiele mogło się wydarzyć, więc groźba jakiejś wpadki była nikła. Gdyby kierowniczka, od której przejąłem podprojekt nie była w szpitalu, to pewnie ona by pełniła ten dyżur (tak było w planie), a tak ja byłem naturalnym kandydatem.

W sobotę i tak planowałem być w pracy z uwagi na różne rzeczy w moich podprojektach, zaś w niedzielę wypuściłem się na wycieczkę rowerową po Sztokholmie. Ale nic się nie wydarzyło, telefon nie zadzwonił, więc dyżur przebiegł bezproblemowo.

Teraz zastanawiam się, po co ten wpis, bo miałem zamiar znacznie więcej ponarzekać. Ale widać mi przeszło. I to jest najlepszy dowód. Na co? A to już każdy sobie sam dopowie... ;)

21:57, szwecja2009 , robota
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 czerwca 2009
Koszty życia w Szwecji

Dla zainteresowanych i "for the record" (znaczy się po naszemu - ku pamięci) notuję koszty funkcjonowania w Królestwie Skandynawskim, stan czerwcowy AD 2009. Korona szwedzka koszuje 41 grosików, więc tendencja (korony) nieco spadkowa, ale w obecnych czasach z walutami nigdy nic nie wiadomo, bo pełno spekulantów na tym świecie. Kiedyś koniki stały pod pewexami, a teraz buszują wirtualnie.

Zacznijmy od zakwaterowania - w tych (północnych) rejonach Sztokholmu ceny hoteli wahają się od 450 do 1200 SEKów za dobę (czyli na nasze, to 184 - 490 PLN), ale im bliżej sezonu, tym cena wzrasta. Natomiast umeblowane apartamenty (w zależności od wielkości i jakości) są od 300 do 800 SEKów (120 - 326 PLN). To załatwiane przez specjalizujące się w tym firmy, bo jeśli od prywatnych właścicieli (choć przez pośredników) i na dłuższe okresy (kilka miesięcy), to można coś znaleźć już od 8-10 tys. SEK za miesiąc, ale dochodzi tego samego rzędu prowizja dla pośrednika, no i czasem także kaucja. Czyli na przykład przy 3-miesięcznym najmie wypada 400-500 koron za dzień najmu w pełni wyposażonego mieszkania (163 - 204 złocisze).

Jak ma się mieszkanie, to można sobie kupić używany rower. Im dalej od Sztokholmu, tym taniej. Używany rower na chodzie można nabyć z prywatnego ogłoszenia już za jakieś 500 SEK (ok. 200 zł), ale trzeba się naszukać. Bez specjalnych zabiegów można coś znaleźć poniżej 1000 koron. Powienien być z jakimś zamknięciem, bo trzeba będzie szukać następnego. Wynajęcie roweru wypada jakieś 100 SEK na dzień, chociaż jeśli mieszka się w centrum można  korzystać z rowerów miejskich (city bike), co kosztuje 250 koron za cały sezon (ale są pewne ograniczenia niewygodne dla mieszkańców dzielnic peryferyjnych).

Podróżowanie metrem kosztuje 40 SEK za przejazd (bilet ważny godzinę), ale jeśli kupić od razu 16 biletów (tzw. tunelbana strip), to wypada taniej (22,5 SEK). Wygodne jest to, że te same bilety są ważne na autobusy miejskie i podmiejską kolej. Można też wykupić bilet 3-dniowy z bezpłatnymi wejściami do wielu muzeów (250SEK), natomiast jednorazowy wstęp do muzeum Vasa - 95 SEK

A teraz trochę cen detalicznych. W tutejszych fastfoodach można się porządnie najeść za 60-90 SEK (24-37 zł). Mniej więcej tyle samo kosztuje kufel normalnego piwa w knajpie! Bo w sklepie (markecie) nie da się kupić "normalnego" piwa, tylko o zawartości 2,8% lub 3,5% (od 7 SEK). Normalnie piwo można dostać  w specjalnej sieci sklepów System Bolaget i kosztuje od 10 SEK za puszkę 0,5 l. Tylko tam można dostać także inne trunki (np. wino bułgarskie od 45 koron).

Ale nie samym piwem człowiek żyje ;) , więc trochę innych cen. Kilogram bananów - 20 koron, kilogram gruszek - 30 koron (12,20 zł), 0,5 kg cytryn - 8 koron, twarożek 0,25 kg - 8 koron, najtańsze mleko 1l 3% - 8 koron, pizza mrozona (gotowiec do mikrofali) - 30 koron, chleb ciemny krojony 0,5 kg ponad 20 koron (ponad 8 zł), zwykłe smarowidło do chleba 0,5kg - ok. 16 koron, mrożonka obiadowa (gotowe danie do mikrofali) - 20-35 koron. Karton 24 jajek - 36 koron (jakieś 15 zł, czyli 60 groszy za jajko). Podobne ceny są w sklepach tureckich czy arabskich, ale tam można dostać różne dziwne rzeczy, np. produkty polskie, jak bigos, czy goląbki w słoikach (ok. 22 koron, czyli koło 9 złotych).

Jedzenie nie jest więc aż tak strasznie drogie, jak mogłoby się wydawać.

Ale wiele innych rzeczy jest dośc drogie, zwłaszcza różne usługi. Na przykład za fryzjera w "taniej dzielnicy" trzeba zapłacić ponad 160 SEK (66 zł), wejście na basen kryty, to wydatek rzędu 80 koron (33 zł), natomiast taksówka z lotniska Arlanda do Sztockholmu kosztuje 400 koron, specjalny autobus - 110 SEK (45 zł), zaś ekspresowy pociąg Arlanda Express 240 SEK (prawie 100 zł, ale jest się dużo szybciej niż autobusem).

01:13, szwecja2009 , szwedzkie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 czerwca 2009
Różnice międzykulturowe (1)

Niewątpliwym plusem (choć niektórzy na to narzekają) pracy dla międzynarodowej korporacji jest możliwość bezpośredniej (wręcz namacalnej) obserwacji różnic kulturowych.

Tak się złożyło, że mam w projekcie Szwedów (jasne - to przecież Szwecja), Irlandczyków, latynosa (nie wiem, z jakiego kraju), Chińczyka, Australijczyka, Meksykanina (z USA), Kanadyjkę (z pochodzeniem arabskim) i jeszcze chyba Hindusa i Greczynkę, ale dość zeSzwedciałych, bo mówią całkiem płynnie w tutejszym narzeczu.

W codziennej pracy konktakuję się również z wieloma innymi osobami, głównie Szwedami (managerami), ale również z Irlandczykami (sporo ich tu przybyło po redukcjach na Szmaragdowej Wyspie i czują się całkiem nieźle), Chińczykiem (no Azjata w każdym razie, może Koreańczyk, bo dość porywczy), Chorwatami i pośrednio Polakami, Hindusami, Chińczykami, Włochami, Amerykanami i nie wiadomo kim jeszcze, bo na tym etapie projektu są różne sprawy z różnych stron.

Moje obserwacje są takie, że Szwedzi potrafią być sympatyczni i pracowici, jednak nie tak "rzutcy", jak Polacy, Irlandczycy, czy Australijczyk. Chociaż niektórzy Irlandczycy też są nieco oporni albo może zdemotywowani tym, że zabierana jest im robota (szczególnie, że w czasach kryzysu). Z Chińczykiem trudno jest mi się dogadać, zwłaszcza, że nie rozumiem jeszcze wielu terminów technicznych, więc najefektywniejsza jest z nim komunikacja mejlowa. Szwedzi też najchętniej komunikują się mejlami. Po każdym spotkaniu muszą być mejle z wyraźnym określeniem jakie kto ma akcje zrobić (najlepiej z kolorowym wyróżnieniem najważniejszych rzeczy), bo inaczej sprawy nie pójdą do przodu. Duża mejlowa formalizacja - latynos mi mówi, żebym napisał w mejlu do Szweda, że ma mu pomóc, bo inaczej Szwed się tym nie zajmie. Australijczykowi mówię, co ma zrobić i nie potrzebuje do tego mejla. Australijczyk zapije i nie przyjdzie w poniedziałek (ale potrafi wysłać mi w tej sprawie uprzedzającego mejla w niedziele wieczorem), a Szwedowi trzeba się przypominać telefonicznie i mejlem kilka razy. No, ale Szwed przychodzi w poniedziałek ;). Meksykaninowi też trzeba się przypominać kilka razy i w końcu coś za niego zrobić, żeby sprawy poszły do przodu. Ale widać, że Meksykanin czuje wyrzuty sumienia, że mu nie idzie (albo udaje), ale przyjeżdża młoda Kanadyjka (arabskie korzenie) i nadganiają z Maksykaninem (i z pomocą Irlandczyka) robotę. I jakoś to idzie do przodu...

01:33, szwecja2009 , ogólne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 czerwca 2009
Tam i z powrotem

No więc można latać na weekend do Polski! Nie jest to specjalny problem, idzie wytrzymać, jak się nie ma pecha. Nie żebym miał jakiegoś specjalnego pecha. Po prostu to jest jakiś taki rok, że jakiś chochlik czuwa, żeby było ciągle pod górkę. Prawa Murphy'ego, karma albo po prostu stała Wszechświata ma teraz taką fluktuację.

Ale na początku było całkiem ok. Udało mi się załapać na bezpośredni autobus z Kista na lotnisko (a okazało się, że od następnego dnia już nie ma takich). Na lotnisku jakaś niewiasta pojawiła się jak radziecki czołg (z nienacka) i pomogła mi się odprawić przy automacie (nie żebym nie potrafił, ale bardzo chciała być użyteczna, to jej łaskawie pozwoliłem). Nawet to wygodne - można sobie wybrać dowolne (wolne oczywiście) miejsce.

Sam lot Norwegianem bez specjalnych atrakcji. Tanie linie, więc bez konsumpcji, ale jeśli bilet kosztuje poniżej 200 zł, to przecież pasażera stać na wodę za 6 złociszy. Linie norweskie, ale cała obsługa polska, samolot zapełniony do ostatniego miejsca i zdecydowana wiekszość, to rodacy. Stewardessy nie wysilały się specjalnie z angielskim, cała komunikacja po polsku, chyba, że ktoś był zupełnie nie kumaty w tym uniwersalnym narzeczu.

Pilot też miał niezłą gadanę, rowodził się nad tym, jakie to wyspy mijamy i jaka to świetna prognoza pogody dla Warszawy. Czułem się bardzo swojsko, pewnie nieco gorzej obcokrajowcy. Ale na wysokości 11 km nie ma się specjalnych wymagań. Rozglądałem się za jakimś UFO (bo podobno ostatnio trochę ich więcej się pojawia), ale żadnego nie widziałem. Może następnym razem...

Jakoś tak mi się porobiło, że po lądowaniu silnie atakują mnie różne zapachy. W Polsce niestety były to raczej smrody. Kierowca się spóźnił, więc musiałem sobie trochę na niego zaczekać, ale nie mogę narzekać - w okolicach 22. nie bardzo jest się jak dostać z Okęcia do Łodzi, więc powinienem być wdzięczny firmie za taki transport. Ale niestety odświeżacz powietrza w Lagunie pana Jacka trochę mnie drażnił. W przerwach między smrodami Warszawy, których nie był w stanie zagłuszyć. Dopiero w Łodzi na Stokach odetchnąłem świeżym powietrzem.

Nie będę się rozwodzić, jak było w Polsce - wszyscy wiemy, jak jest, a reszta pozostanie moją słodką tajemnicą.

Powrót był jednak nieco bardziej pechowy, chociaż może - żeby być uczciwym - przeszedł nie-specjalnie. Może trochę rzutował na to fakt, że rano wszedł mi jakiś ból w plecy (starość - nie-radość), więc podróżowanie w takim stanie nie należy do przyjemności.

Na dworzec autobusowy w Łodzi udawałem się MPK, ale akurat zaczeło padać, a autobus się spóźniał. Potem jeszcze w deszczu musiałem (?) się udać do firmy, żeby podrzucić papierki do rozliczenia delegacji. Mała rzeczy, w sumie niedaleko dworca, ale slalom między błotem i kałużami w deszczu do przyjemności nie należy. Nie żebym się skarżył - tu na blogu notuje po prostu fakty. A fakty są takie, że busik przez Sochaczew to porażka. Niby wygodne jest to, że z Fabrycznej bezpośrednio na Okęcie, ale trwa to ponad 3 godziny i busik jest chyba dla Chińczyków. Fotele są tak ciasno zsunięte, że kolana musiałem trzymać w przejściu. Dodatkowo za mną siedziało dwóch gości, którzy nieustannie trajlowali po niemiecku. Nie mam nic do Szkopów, nawet uczyłem się z własnej chęci ich języka, ale 3 godziny szprechania na plecami, to nawet dla mnie trochę za dużo.

No więc sięgnąłem po lekturę, żeby się trochę oderwać (rozerwać) i akurat trafiłem na rozdziały dotyczace upiorów, wilkołaków i śmierci ("Niesamowita słowiańszczyzna" Marii Janion). A za oknem leje deszcz, busik się telepie po polskich dziurawych drogach, a zza pleców atakuje mnie mowa kojarząca się z cierpieniami Wertera.

W stolicy trafiliśmy na korki (jakżeby inaczej - godziny szczytu) i pasażerowie zaczęli się niepokoić, czy zdążą na swoje samoloty. Podstarzały kierowca tylko przypalał kolejnego papierosa i kluczył między pojazdami na 2-pasmówce, a potem odbił gdzieś w bok, żeby było szybciej. I faktycznie - miał tylko 12 minut spóźnienia (i bliżej raka płuc).

Na Okęciu najpierw przepędzili mnie na Terminal 1, żebym sobie sprawdził, że mam stanowisko check-in na Terminalu 2, żeby się okazało, że odlot mam z gate'a na Terminalu 1. Ale spoko - nie takie odległości się pokonywało na Schipholu (Amsterdam), de Gaull'u (Paryz), czy Kastrupie (Kopenhaga). Nie żebym chciał szpanować, ale tam naprawdę są duże odległości między terminalami.

Przy stanowisku prześwietleń jak zwykle jakaś afera - najpierw jakiemuś gościowi kazali zdąć buty, bo piszczały na bramce, a potem zatrzymali przede mną feceta, który chciał "przemycić" płyn w niedozwolonym opakowaniu. Zmęczony, nieco otyły biznesmen w rozchełstanych spodniach (paski trzeba zdejmować do prześwietlenia) tłumaczył się, że te perfumy dla żony, to kupił w strefie wolnocłowej, tylko mu pani źle zapakowała, a potem musiał z niej wyjść, żeby przebukować bilet, bo mu lot odwołano. Stał zmęczony i zrezygnowany, a celnik swoje, że "ale czy pan nie rozumie, że ja pana z tym nie mogę przepuścić?". Naprawdę było mi faceta niezmiernie żal, chcieli mu zabrać te perfumy, a on nie miał czasu, bo spieszył się na przebukowany lot i widać było, że jest już trochę czasu w podróży. W końcu przyszedł jakiś wyższy rangą celnik, obejrzał kwitki, zlustrował gościa i przepuścił. I to napełniło mnie nieco optymizmem, bo sam już nieraz musiałem się rozstać z nadmierną ilością płynów na różnych lotniskach. Po 11.09.2001 kontrole na lotniskach stały się strasznie upierdliwe i wszyscy znoszą to cierpliwe w obawie przed kolejnymi atakami terrorystycznymi.

No i wreszcie w samolocie rejsowym LOT Polish Airlines. Ale obsługa już nie tak miła, jak polska obsługa w Norwegian. Oczekująca na emeryturę stewardessa wita mnie bez słowa ze smętnym wyrazem twarzy. Niechętnie podaje gazetę na moją prośbę, a potem muszę się przypominać, żeby mi podała wodę. Ale wciąż serwują napoje w cenie biletu. Co prawda dostałem (pechowo?) kanapkę bez szynki, ale to chyba nie wina tej stewardessy. Pomyłka? Jeśli w co 10. kanapce zabraknie szynki, to na tysiącach kanapek jest chyba niezła oszczędność. Widać wszystkie firmy wprowadzają jakieś redukcje kosztów (a może to tylko ja mam pecha?).

Ale poza tym lot bez specjalnych sensacji. Trochę gwałtownie krążył nad Sztokholmem, aż jakiemuś dziecku wyrwał się okrzyk przestrachu, ale lądowanie było całkiem gładkie, jak zresztą zazwyczaj u naszych pilotów.

No i (nagle) z powrotem w Szwecji, jakiemuś (Rosjaninomi chyba) pomogłem kupić bilet w automacie (czy ja wyglądam na Szweda? - może dla Ruska tak?) i wkrótce podróżuję metrem do miejsca zakwaterowania na peryferiach Stockholmu. A w metrze (tzw. Tunnelbana) chyba głównie obcokrajowcy (kolorowi: Murzyni, Turcy, słyszę też język rosyjski), ale podobno linią niebieską podróżują głównie właśnie imigranci. I tacy jak ja ;)

00:51, szwecja2009 , ogólne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Koleje losu

Gdybym chciał trafić akurat do tego, co teraz robię tutaj, to mógłbym się nakombinować i nic by z tego nie wyszło. Częściowo dlatego, że pewnie bym się szybko nie dowiedział, że jest taka popieprzona dziedzina, gdzie można się otrzeć o wszystko, co najbardziej problematyczne i jednocześnie najciekawsze w tym szaleńczym wyścigu na trasie do telefonii kolejnej generacji. I do redukcji kosztów...

Nie żeby mnie to jakoś specjalnie rajcowało, ale po wrzuceniu w wir zupełnie innych zdarzeń i napięć, jedynie takie refleksje jakoś pomagają znaleźć dystans i przypomnieć sobie, że jest się tylko najemnikiem w tej wojnie, więc o jej losach i tak się nie przesądzi, a dobrze by wyjść bez szwanku ;)

Może to wszystko trochę ogólnikowe i enigmatyczne, ale nie chce mi się na razie zbytnio rozpisywać. A jeśli już, to muszę się zastanowić, co mogę napisać nie naruszając podpisanej przecież klauzuli poufności.

22:47, szwecja2009 , ogólne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 czerwca 2009
Imigranci (1)

To, co się rzuca w oczy po przyjeździe do Sztokholmu, to dość duża liczba tzw. kolorowych. Nie jest to bynajmniej określenie pejoratywne - po prostu kolor skóry (i sposób ubierania) jest tym, na co od razu zwraca się uwagę.

Szwecja do II Wojny Światowej była krajem emigrantów, a potem (z uwagi na nienaruszony przemysł) zaczęła być krajem imigrantów. Dzięki nim liczy już ponad 9 milionów mieszkańców, zaś emigranci stanowią już ponad 15% siły roboczej (ludność w wieku 15-64). Natomiast statystycznie rzecz biorąc obecnie przybywa 1,66 emigranta na tysiąc mieszkańców. Największa liczba emigrantów pochodzi z... Finlandii, a dalej z dawnej Jugosławii, Iraku, Iranu, Norwegii, Polski oraz Danii. Sprawdziłem w oficjalnych danych, bo byłem ciekaw, ale brakowało mi Murzynów, których też tu sporo widać. No i wg. Wikipedii większość z nich, to Somalijczycy, a wśród kolorowych jest też sporo Turków.

Generalnie Szwecja jest w czołówce krajów "emigracyjnych" obok Kanady, Australii, czy Wielkiej Brytanii. Co tam ludzi przyciąga? Wysoka "stopa życiowa", która przejawia się między innymi w tym, że oczekiwana długość życia kobiet wynosi 82 lata, zaś mężczyzn 78.

Tyle statystyki, a bezpośrednie wrażenia są takie, że w Sztokholmie (jak zapewne także w innych krajach "emigracyjnych") wytworzyły się dzielnice imigrantów. I północne krańce stolicy Skandynawii, to właśnie takie rejony. Biali są tutaj w mniejszości, a biorąc pod uwagę, że wśród tych białych Szwedzi to pewnie także mniejszość (słyszę Polaków, Rosjan, Serbów, Chorwatów), to mamy tu do czynienia z niezłą mieszanką narodowości.

Nie zauważyłem jakichś specjalnych związanych z tym problemów, ale Arab, od którego wynajmuję mieszkanie nie radził zostawiać roweru na noc na zewnątrz (tylko w składziku na rowery). No i zastrzegł, że cisza nocna jest od 21.30, więc żebym nie hałasował po tej godzinie. Pewnie obawiał się, żeby "nie było na Arabów", bo jeśli w ogóle, to jednak oni (pewnie razem z Turkami) są najbardziej hałaśliwi. Ale osiedle jest - nie można powiedzieć - raczej ciche i spokojne, faktycznie rzadko jakieś ekscesy po 22 (raz tylko właśnie jacyś Arabowie głośno puszczali muzę z bryki i o czymś trajlowali, ale spoko).

I jakoś to wszystko Szwedzi znoszą, tolerują, stwarzają warunki... Czy to jest eksperyment wyższej rasy, czy planowe cywilizowanie innych ludów, czy też po prostu kierunek rozwoju (globalizacja)? W każdym razie (wbrew pozorom) Szwedzi mają także poczucie humoru, więc może to jest po prostu dowcip? A poniżej (spreparowany oczywiście) obrazek "Swedish Royal Ikea Gaurd" (na dowód, że poza Ikeą mają poczucie humoru).

23:57, szwecja2009 , szwedzkie
Link Dodaj komentarz »
Deszczowa niedziela

Nie sądziłem, że będę tu (na blogu) narzekał na pogodę, ale dzisiaj to już przegięcie! Leje i wieje przez całą niedzielę! Napisałbym, że to "holenderska pogoda", ale nawet w Niderlandach aż tak się nie zdarzało w czerwcu.

No ale trzeba przyznać, że prognozy pogody mają akuratne - uparcie pokazywali, że cały dzień będzie padało i wiało, no i faktycznie tak jest. Ruszać z mieszkania się nie chce, ale przynajmniej plus jest taki, że można nadrobić zaległości (?) w czytaniu. A tak na marginiesie, to niedawno natknąłem się na wyniki badań czytelnictwa w Europie i Szwedzi należą do czołówki (konsumpcji książek na głowę mieszkańca). I nie ma się co dziwić, skoro latem leje, a zimą krótkie dni. Zastanawiam się, jak dokładają się do tych statystyk imigranci, których tu jest od dawna całe mnóstwo. I czy wlicza się do badań czytelnictwa np. podręczniki (sporo jest różnych książek do nauki szwedzkiego, którego imigranci się muszą uczyć, bo ciężko by im było znaleźć pracę).

A ja sięgnąłem po "Przezroczystość" - książka-esej Marka Bieńczyka, zakupiona po ciekawym wieczorze autorskim dwa lata temu. Wieczór prowadził Piotrek Grobliński, a jeszcze nie byłem na nieciekawym spotkaniu prowadzonym przez niego. Jednak obawiałem się sięgnąć po książkę, która na ponad 250. stronach traktuje - zgodnie z tytułem - o przezroczystości właśnie. Ale okazuje się, że wcale nie czyta się jakoś ciężko, dużo ciekawych informacji, refleksji, obserwacji. Czasem tylko odnoszę wrażenie, że książka stara się być za bardzo (na siłę?) poetycka, ale to może ja się za bardzo odzwyczaiłem od poezji?

21:51, szwecja2009 , ogólne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2